Przysmak Miszki

Przysmak Miszki

Kiedyś musiał powstać post inspirowany najwspanialszym psem na świecie, jakim niewątpliwie jest Miszka. Ponieważ co jakiś czas mam okazję opiekować się tym zwierzakiem, waniliowe ciasteczka z domieszką migdałów zostały poświęcone temu kudłatemu stworzeniu. I chociaż pies nie może ich zjeść, to chociaż my ludzie cieszmy się smakiem lekkich słodkości. 




Składniki:

1 i 3/4 szklanki mąki pszennej
2 jajka
0,5 kostki masła
1 łyżeczka proszku do pieczenia
0,5 szklanki cukru 
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
2/3 szklanki zmielonych migdałów

Mąkę przesiewamy, doddajemy migdały, cukier i jajka. Ugniatamy ciasto dodając masło w tempereaturze pokojowej z ekstraktem waniliowym. Wyrabiamy ciasto i odkładamy je na kilkanaście minut pod przykryciem. 


Ciasto rozwałkowujemy i wycinamy dowolne kształty. Ciasteczka układamy na blaszce pokrytej papierem do pieczenia. Pieczemy około 10 minut, aż do zrumienienia się w temperaturze 180 stopni C. 



Smacznego!
Ciasteczka gwiazdki

Ciasteczka gwiazdki

Miało być trochę słodkości, wyszło całe niebo gwiazdek, choinek i dzwoneczków. Kruche ciasteczka, najprostsze i najsmaczniejsze w świecie. Tak więc po paru godzinach ugniatania, wykrawania i zapiekania wyszły mi takie przedświąteczne cudeńka. Zanim rozpocznę produkcję pierniczków zapraszam na trochę słodkiego w grudniowy dzień. 


Ciasto

3 szklanki mąki krupczatki
6 łyżek śmietany 12%
2 żółtka
1/2 szklanki cukru pudru
2 cukry waniliowe
1 kostka masła

Mąkę przesiewamy przez sito razem z cukrem pudrem i cukrem waniliowym. Dodajemy posiekane masło. Wbijamy żółtka. Zagniatamy ciasto dodając śmietanę. Ugniatamy, aż osiągniemy jednolitą konsystencję. Gotowe ciasto wkładamy na minimum dwie godziny do lodówki. 




Po tym czasie rozwałkowujemy ciasto i wykrawamy wzory za pomocą foremek. Układamy na blaszkach do pieczenia i wkładamy na około 15-20 minut do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni. 



Po ostygnięciu ciasteczek posypujemy je cukrem pudrem lub ozdabiamy roztopioną czekoladą. 




Smacznego słodkiego!
Mejadra

Mejadra

Kiedy nie możesz przygotować się na Boże Narodzenie bo wciąż jesteś żołądkiem w Izraelu, pozostaje Ci tylko sięgnąć po przepisy z książki Jerozolima autorstwa Ottolengi i Tamimi. Tym sposobem zamiast lepić uszka gotujesz soczewicę i ryż, a potem już tylko wąchasz niesamowitą mieszankę przypraw i zachwycasz się smakiem tak prostego dania. Przepis lekko zmodyfikowałam, bo inaczej nie byłabym sobą.



Składniki:

200 g zielonej soczewicy
4 duże cebule
3 łyżki mąki pszennej
2 łyżeczki mielonego kuminu
1,5 łyżeczki nasion kolendry
0,5 łyżeczki mielonej kurkumy
1,5 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
1,5 łyżeczki mielonego cynamonu
1 łyżeczka cukru
300 ml wody
sól
pieprz 
olej

Soczewicę gotujemy w lekko osolonej wodzie około 15 minut tak by była miękka, lecz lekko chrupała pod zębami. Po ugotowaniu odcedzamy ją i odstawiamy. Ryż gotujemy do miękkości w lekko osolonej wodzie i odcedzamy. 

Cebulę kroimy w cienkie plasterki i wrzucamy ją do miski. Dodajemy odrobinę soli i mąkę i mieszamy dokładnie by mąka oblebiła cebulę. Na patelni rozgrzewamy olej i smażymy cebulę do delikatnego zrumienienia się. 
Gotową cebulę odkładamy na papierowy ręcznik by odciekła z nadmiaru tłuszczu. 

Na suchej patelni, prażymy ziarna kolendry uważając by ich nie spalić (przez około minutę). Dodajemy 2 łyżki oleju, kurkumę, ziele angielskie, cynamon, cukier, pół łyżeczki soli i dużo czarnego pieprzu. Dodajemy ugotowany ryż i zalewamy wszystko wodą. Dusimy na małym ogniu by woda lekko odparowała. 

Na koniec gotowania dodajemy ugotowaną wcześniej soczewicę i zdejmujemy wszystko z ognia. Do gotowego dania dodajemy cebulę. 

Danie idealnie sprawdzi się jako dodatek do mięsa, przekąską lub dodatek do grzanki. 



Smacznego!


Falafel

Falafel

Po ulicach Tel Awiwu i Jerozolimy co jakiś czas roznosił się błagalny głos Pawła mówiącego: "Wiecie co, ja to bym zjadł falafel". Nasze dobre kobiece serca litowały się więc nad naszym podróżniczym rodzynkiem i zaciągaliśmy go do pierwszego napotkanego lokalu by zjeść ten smakołyk. Wczoraj przygotowywałam falafele dla znajomych na wielką izraelsko-argentyńską bitwę kulinarną. A dziś zrobiłam go sama. I wyszedł pysznie. Jestem uzależniona!



Składniki:

200 g suszonej ciecierzycy
1 cebula
2 ząbki czosnku
3 łyżki posiekanej natki pietruszki
1 łyżka posiekanej natki kolendry
0,5 łyżeczki pieprzu czarnego
0,5 łyżeczki papryki ostrej
1 łyżeczka mielonego kuminu
0,5 łyżeczki soli
0,5 łyżeczki mielonego kardamonu
0,5 łyżeczki nasion kolendry
0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1,5 łyżki mąki pszennej

olej do smażenia



Ciecierzycę zalewamy wodą w misce i odkładamy na całą noc do namoczenia. Po tym czasie odsączamy i osuszamy ciecierzycę. Za pomocą blendera lub maszynki do mięsa miksujemy razem wszystkie składniki z posiekaną cebulą, przyprawami aż do uzyskania jednolitej masy. 

Rękami formujemy małe placuszki i pieczemy każdy po 3-4 minuty z każdej strony na głębokim oleju. 


Smacznego!


Shalom Israel!

Shalom Israel!

Mieć marzenie, a je zrealizować, to dwie różne rzeczy. Od lat chodziło mi po głowie wybranie się do Izraela. Dziesiątki ugotowanych szakszuk, warsztaty kulinarne, czytanie książek o tym miejscu, kuchni i historii, nauka hebrajskiego, oglądanie zdjęć to były tylko przygotowania do wyprawy. Udało się w tym roku, krótko bo tylko na cztery dni, ale wiem już, że koniecznie muszę tam wrócić. I chociaż rzeczywistość nijak ma się do tego, co w mojej głowie malowało się jako Izrael, to zdecydowanie pokochałam to miejsce.









Na początek wyprawy radość ze słońca i ciepła, którego tak bardzo już zaczęło nam brakować w Krakowie. Chwilowy zachwyt nad najpiękniejszym terminalem lotniczm jaki widziałam i od razu zderzenie z rzeczywistością. Wszędzie kontrole bezpieczeństwa, tłumy ludzi, mnóstwo błąkających się bezdomnych kotów, niezliczona liczba psów. Nawet powietrze pachnie tam inaczej.

Wyprawę rozpoczęliśmy od wędrówki do miejsca noclegu, by zaraz potem ruszyć na pobliski bazar Carmel oraz skosztować pierwszych dań kuchni izraelskiej: szakszuki, sałatki izraelskiej oraz chałki. Pierwszym zaskoczeniem kulinarnym była przepyszna herbata, podawana ze świeżymi liśćmi mięty.




Dzień kończy się spacerem po okolicy i powitaniem z morzem. Na sobotę wybraliśmy do eksplorowania dzielnicę Neve Tzedek oraz Jafę. Włóczyliśmy się niemiłosiernie między domami wciąż odkrywając ciekawe obrazki lub napisy na ścianach. Nie mogło zabraknąć też śniadania, na które złożyły się: meatballs, bakłażan z fetą oraz falafel, a wszystko to popite pysznymi kawami i herbatą. Jafa urzekła nas mimo braku słońca. Kamienne budowle i schody, urocze zakręty i niewiarygodny widok na morze. Tego było nam potrzeba. W sumie pokonaliśmy ponad dwudziestokilometrową trasę. I było warto, zaglądnęliśmy chyba do każdego zakamraka pomiędzy Jafą a naszym mieszkaniem.




Niedziela zaplanowana była na wyjazd do Jerozolimy. Wybraliśmy autobus jako środek transportu i był to strzał w dziesiątkę. Do godziny byliśmy na miejscu. Cieżko opisać wrażenia, jakie mieliśmy w tym mieśćie. Pierwszy szok po spotkaniu niezliczonej liczby żołnierzy plątających się tego poranka po mieście ustąpił gdy zaczęliśmy się zachwycać wielkością tego miasta i jego odmiennośćią od Tel Awiwu w którym dotychczas przebywaliśmy. Stare Miasto, pełne urokliwych stoisk na bazarach, sprzedawców biorących nas za rosjan lub próbujących po polsku namówić nas na okazyjne zakupy. Pyszna kawa z kardamonem. Wszystko robiło wrażenie: Ściana Płaczu, śpiewy, Kopuła na skale, droga krzyżowa ukryta między straganami, zapachy przypraw i smak potraw. I chociaż spędziliśmy tam cały dzień, to nie starczyło czasu na wszystkie punkty do zobaczenia. Cóż będzie trzeba tam jeszcze wrócić. 












W całej wyprawie najbardziej urzekły mnie dwie rzeczy: jedzenie - i to raczej było pewnikiem, oraz uliczna sztuka, mnóstwo murali, graffiti i zwykłych obrazków tworzonych na murach. Rozczarowało natomiast zachowanie ludzi w Bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie oraz brak kolendry w jakimkolwiek daniu (a przecież ona jest taka pyszna!) 












Ostatni dzień to praktycznie wielki powrót, bo wyjazd z Izreala to nie lada wyczyn i lekcja cierpliwośći. Także do następnego razu. Oby szybko. Teraz zostało tylko gotować te wszystkie skosztowane smakołyki. Za wspólną wyprawę pełną śmiechu dziękuję Ani, Sajko i Pawłowi - to był wycieczkowy dream team! 
Rogaliki z nadzieniem orzechowym

Rogaliki z nadzieniem orzechowym

Najgorsze co może być to przeziębienie w tak piękny dzień jak dziś. Więc skoro nie jestem w stanie wydusić z siebie nawet jednego słowa, wzięłam się za pieczenie. Padło na planowane od dawna rogaliki. Do sklepu dziś wydawało mi się daleko, dlatego użyłam takich składników, które jeszcze czaiły się w moich szafkach. Tak powstały pachnące, pyszne rogaliki nadziewane orzechami. Mniam!


Składniki:

Ciasto:

3 szklanki mąki pszennej
3/4 szklanki ciepłego mleka
14g suchych drożdży
0,5 szklanki cukru
2 jajka
3 łyżki oleju
szczypta soli

Nadzienie:

150 g mielonych orzechów laskowych
6 łyżek mleka
1 łyżeczka cukru pudru
3 łyżki brązowego cukru

do posmarowania:

1 jajko
1 łyżka mleka



W ciepłym mleku mieszamy drożdże z odrobiną cukru i przykrywamy do wyrośnięcia zaczynu przez kilkanaście minut. Mąkę przesiewamy, dodajemy cukier, jajka, olej i sól i mieszając najlepiej ręką dodajemy wyrośnięty zaczyn zagniatając ciasto przez około 5-7 minut. Ciasto nakrywamy w misce na godzinę i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. 

Zmielone orzechy mieszamy z mlekiem oraz cukrami. Jeśli masa jest zbyt sucha i nie klei się należy dodać mleka, jeśli jest za wodnista, cukru pudru. 



Gotowe ciasto dzielimy na dwie części. Rozwałkowujemy je na kształt koła i przecinamy nożem najpierw na pół, potem na ćwiartki, potem na ósemki. Na końcu każdego kawałka układamy około łyżeczki nadzienia i zawijamy w stronę cieńkiego zakończenia. Gotowy rogalik układamy na papierze do pieczenia i wkładamy na blaszce do piekarnika nagrzanego na 180 stopni. Pieczemy przez 15 minut do zrumienienia się rogalików.



Smacznego!

Sałatki z zielonej soczewicy

Sałatki z zielonej soczewicy

Lekko, zdrowo i przyjemnie. Szybka w przygotowaniu, idealna na te upalne dni sałatka z zielonej soczewicy i marchewki. Bo kto powiedział, że sałatka musi mieć w sobie sałatę? 

Składniki:

0,5 szklanki zielonej soczewicy
6 pomidorków koktajlowych
2 średnie marchewki
1 mała papryczka chilli
mięta
pietruszka
kolendra
oliwa z oliwek
sól 
pieprz
cytryna




Soczewicę gotujemy w lekko osolonej wodzie do momentu, aż stanie się miękka. Marchewki obieramy i kroimy w cienkie plasterki. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Pokrojoną marchewke zalewamy łyżką oliwy i delikatnie przyprawiamy solą i pieprzem. Pieczemy w piekarniku przez około 15-20 minut, aż zmięknie. 

Pomidorki kroimy na plasterki. Liście mięty, pietruszki i kolendry - około 1 łyżki z każdego drobno siekamy i dodajemy do soczewicy. Dodajemy pomidorki i marchewkę. 

Sos

oliwa z oliwek
musztarda
ocet balsamiczny
cytryna 
sól 
pieprz

Do trzech łyżek oliwy z oliwek dodajemy małą łyżeczkę musztardy i jedną łyżkę octu. Wyciskamy sok z polowy cytryny. Dodajemy sól i pieprz do smaku. Wszystko wlewamy do miski z sałatką i delikatnie mieszamy.



Smacznego!
Copyright © 2014 Jem... Jemy! , Blogger